GWiNT Ultra Cross 110 kilometrów

Od samego początku swojej przygody z bieganiem, uwielbiałem bieganie w terenie. Z racji tego, że mieszkam w pobliżu Rusałki,  jest to moja podstawowa trasa, na której wykręciłem już tysiące kilometrów. W tym sezonie postanowiłem więc, w ramach smakowania kolejnych doświadczeń biegowych, spróbować przesunąć część startów z tradycyjnych asfaltowych półmaratonów i maratonów na biegi przełajowe. I to takie naprawdę długodystansowe. Tak narodził się pomysł debiutu w Ultra. I wyprzedzając kolejne zdarzenia w tym tekście, muszę stwierdzić jednoznacznie: To była bardzo dobra decyzja!

Decyzja o wybraniu GWiNTA jako pierwszego biegu Ultra w życiu zapadła dość spontanicznie. Po prostu w sieci rozpoczęły się zapisy, a ja wiedziałem już co nieco o tej imprezie bo w zeszłym roku na krótkim dystansie startowało tam kilku moich znajomych. Dobre opinie o organizacji i trasie, jej lokalizacja w urokliwych Lasach Wielkopolski, zadecydowały, że nie zastanawiałem się długo. I tu nastąpił moment, w którym po raz kolejny psychika ludzka okazała się zdradliwą bestią! GWiNT w tym roku odbywał się na trzech dystansach. Mini 55 kilometrów, Normal 110 kilometrów oraz Super 160 kilometrów. Zdrowy rozsądek przy pierwszym ultra podpowiadałby zmierzenie się z dystansem Mini. Jednak mając na koncie 8 maratonów i ponad 12000 wybieganych kilometrów, czułem, że aby poczuć prawdziwe Ultra muszę podjąć wyzwanie, które długo zapamiętam. Wyzwanie, które mnie sponiewiera. Tak więc decyduję się na dystans 110 kilometrów i uiszczam opłaty startowe. Jest dreszczyk emocji. Jest niepewność i lekka trema. Jest też myśl: O kurwa co ja zrobiłem? :) Dotychczas najdłuższym dystansem w mojej karierze był dystans Maratoński a teraz przyjdzie mi się zmierzyć z ponad dwukrotnie dłuższą trasą do tego w trudnych, przełajowych warunkach.

20170401_084506-01
Kolejne tygodnie upływają na oswojeniu się z myślą o najtrudniejszym zadaniu w pierwszej połowie roku 2017 które sam przed sobą postawiłem. Fakt zapisania się w styczniu na Mistrzostwa w Bieganiu Górskim 3xŚnieżka=1xMontBlanc na średnim dystansie 36 kilometrów z przewyższeniem, ponad 2500 metrów nie znosi porównania z dystansem 110 kilometrów biegu w GWiNCIE i spada na razie gdzieś w głąb umysłu….Teraz liczy się tylko te 110 crossowych kilometrów. Wiem, że będzie trudno, wiem, że będzie bolało. Ale chcę to zrobić. Debiut w Ultra i od razu >100 kilometrów. W sumie to mój styl, bo przypominam Wam, że pierwszymi zawodami w życiu w których zdecydowałem się pobiec, takimi prawdziwymi z numerem, medalem i kibicami na trasie, był Maraton Poznański. Nie 10 kilometrów, nie połówka, tylko Maraton. Ukończony zresztą z wynikiem 3:56 i złamaniem 4 godzin w debiucie.

Zaczynam przygotowania do mojego Ultra już kilka dni po zapisaniu się na bieg. Do standardowych wybiegań dokładam cykliczne weekendowe długie crossowe wyprawy w kierunku Puszczy Zielonki, Jeziora Strzeszyńskiego i Kierskiego albo Wielkopolskiego Parku Narodowego. Plecak, krecik i długie bieganie na dystansie od 30 do 50 kilometrów. Praktycznie co tydzień. Dzisiaj jednoznacznie uważam, że to była podstawowa jednostka, która dała mi swobodę i pewność tego, że jestem w stanie pokonać Normal GWiNTa. Po kilku miesiącach biegania długich przełajów, po prostu wiedziałem, że pierwsze 50 kilometrów trasy leśnymi ścieżkami nie jest dla mnie ogromnym problemem. Wielką niewiadomą było oczywiście to, co będzie później…
20170225_104944-01
Czas mijał szybko, a ja kompletowałem sukcesywnie sprzęt do mojego debiutu ultra. Zdecydowałem się na plecak Kalenji, zacząłem przyzwyczajać się do wybiegań z bukłakiem. Postanowiłem pobiec w swoich sprawdzonych, wybieganych crossowych NB Lead Ville v3. Nie chciałem ryzykować kupna nowego obuwia na kilka tygodni przez samym startem. Nie tym startem. Biegiem, który miał pokazać mi czy Ultra to moja bajka. I pokazać to w sposób jednoznaczny bo na dystansie ponad 100 kilometrowym. Na kilka dni przed startem wsparty wiedzą zaprawionych Ultrasów (Monia dziękuję Ci za cenne rady i wskazówki!) kupiłem trochę prowiantu w którego skład wchodziły Izotoniki, shoty magnezowe Chela Mag B6 w przypadku problemów ze skurczami na trasie, shoty AAKG oraz całej gamy żeli i batonów energetycznych. Od organizatorów wiedziałem, że Dextro Energy będzie na każdym z punktów kontrolno żywieniowych na trasie, więc glukozę będę mógł brać na miejscu. Zaopatrzyłem się także w czołówkę Varty do biegania w nocy, koc termiczny, kubek wielorazowego użytku i kilka innych elementów wymaganych w regulaminie przez organizatora. To w końcu bieg kilkunastogodzinny, nieporównywalny z szybkimi półmaratonami i maratonami które trwają 3,4 godziny. Tu w grę wchodzi bezpieczeństwo i zwielokrotniona szansa na kontuzję, zasłabnięcie, problemy zdrowotne.

20170512_120057-01
Gdy zbliżał się weekend 12-13 maja w którym miała odbyć się impreza, rosło napięcie. Tysiące myśli w głowie, ekscytacja mieszająca się ze strachem i zwątpieniem. Jak będzie? Czy się uda? Jak ze zdrowiem? Jak z wytrzymałością? Czy będę miał mocno obtarte nogi? Przelatywały przez głowę niczym pociski wypuszczane z karabinu maszynowego. Oczywiście wrażenie potęgowała reakcja znajomych i otoczenia, którzy na informację o biegu na dystansie 110 kilometrów pukali się w głowę, albo szeroko otwierali zdziwione buzie. No ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, rzuconą samemu sobie rękawicę trzeba po prostu podnieść!

20170512_203513
Do Wolsztyna, w którym mieściła się baza imprezy oraz meta wszystkich dystansów zawitałem w piątek 12 czerwca późnym popołudniem. Stylowy ośrodek Park Fala, który jest jednocześnie fitness klubem i kręgielnią mieścił się nad samym brzegiem urokliwego Jeziora Wolsztyńskiego. Świetna infrastruktura, plaża, ścieżki rowerowe, odnowione pomalowane na biało pomosty, kluby, pizzerie, muzyka płynąca po tafli jeziora. Bardzo sympatyczne miejsce! Wewnątrz w punkcie rejestracyjnym odbieram pakiet startowy, w skład którego wchodzi numer, agrafki, bardzo fajny polar z logiem imprezy oraz worek na przepak na 56 kilometrze. Wszystko sprawnie, szybko i profesjonalnie.

20170512_223816

20170512_220925

Jest piątek, godzina 20, Ultrasi biegnący na dystansie 160 kilometrów już wystartowali o 18:00, mając do pokonania trasę dłuższą od naszej o 50 kilometrów. Ponad 110 startujących na dystansie Normal ma czas do 1:30 w nocy, kiedy odbędzie się odprawa i wyjazd do Nowego Tomyśla, gdzie włączamy się na trasę biegu. Trzecia grupa, czyli biegacze na dystansie mini, startują dopiero o 12:00 dnia następnego z Grodziska dołączając się do naszej pętli. GWiNT bowiem jest biegiem na trasie Wolsztyn-Nowy Tomyśl-Grodzisk-Wolsztyn, tylko w zależności od dystansu pokonuje się 1/3 (mini), 2/3 (Normal) bądź całą pętlę (Super). Wszyscy wpadają się na tą samą metę przy ośrodku Fala w Wolsztynie w podobnym czasie sobotniego późnego popołudnia.
20170512_204129(0)
Siadam na ławeczce przed ośrodkiem, robię kilka zdjęć i podchodzi do mnie para biegaczy, dziewczyna i chłopak, którzy zaczynają rozmowę. Mówią, że mnie poznają, śledzą bloga i moje wygłupy. Także biegną Normal GWiNTa :) Proponują odprowadzenie do sali gimnastycznej, w której biegacze z dystansu Normal mają swoją strefę odpoczynku. Spacerujemy razem kilkaset metrów, rozmawiamy o bieganiu, startach i komarach, które tną przeraźliwie. Sala gimnastyczna szkoły także mieści się tuż nad jeziorem, na niej rozłożone materace, śpiwory, karimaty. Cała pełna.  Rozkładam się obok moich nowych znajomych, nie mam ze sobą karimaty ale udaje mi się wyciągnąć gdzieś z kantorka wielki podgłówek, który posłuży mi za oparcie. Wśród odpoczywających biegaczy witam się z Jakubem „Czachą” i jego ekipą – znamy się z Instagrama :) Jest 22 wieczorem, mam pełną świadomość, że nie będę spał tej nocy bo z jednej strony czuję emocje, napięcie, z drugiej to sala i 100 osób więc z każdej strony dochodzą inne dźwięki. Tu chrapanie, tam mlaskanie, tam dzwoni komórka, tutaj ktoś rozmawia o biegu. Dodatkowo już za 3 godziny musimy się zbierać na odprawę, która przewidziana jest na 1:30 w nocy. Przygotowuję i odnoszę jeszcze przepak do biura zawodów, w który mogę włożyć rzeczy dowiezione na 56 kilometr trasy, bezpośrednio do punktu kontrolno – odżywczego bez potrzeby tachania ich w swoim plecaku. Nie za bardzo wiem co miałbym tam zapakować, decyduję się więc na kilka batonów, banany, energetyka i dodatkowy izotonik. Butów nie planuję zmieniać, ciuchów także.
20170513_004203

20170512_223801

Między 23-01 w nocy leżymy sobie w sali i staramy się złapać trochę świeżości. Część ludzi beztrosko śpi. Zawsze zazdrościłem osobom które mogą zasnąć w każdych warunkach w kilka minut. Ja tak nie potrafię. Część ludzi cicho rozmawia, niektórzy wciągają na ostatnią chwilę energetyczne posiłki jak makaron czy pizza. Czas mija wolno, a w głowie galopują emocje. Na zegarku wybija 1 w nocy i zapalamy światło w sali zaczynając pakować plecaki i ubierać się na naszego GWiNTa. Pół godziny później wszyscy spotykamy się w holu Ośrodka Fala, gdzie wśród biegacz widzę moją znajomą Monikę! Serdecznie się witamy i zaczynamy gadać na temat biegu i tego co będzie się działo już za godzinę. Szybka odprawa, przypomnienie gdzie na trasie rozmieszczone są PKO czyli Punkty Kontrolno Odżywcze, gdzie mamy szczególnie uważać bo przechodzimy przez odcinek drogi szybkiego ruchu i garść dodatkowych niezbędnych informacji o pomocy na trasie, uważanie na siebie wzajemnie i pomaganiu sobie w sytuacjach kryzysowych. Wszyscy wydają się skupieni, skoncentrowani na tym co czeka nas za chwilę. Możemy napić się kawy, herbaty, rozbudzić organizm i przygotować się na nadchodzący wysiłek. Zaraz zaczynamy GWiNTA!
20170513_012245(0)

20170513_012947

Przed drugą w nocy, nasza wesoła gromadka przechodzi do trzech autobusów podstawionych przed ośrodkiem. Po zapakowaniu zespołu jedziemy do Nowego Tomyśla skąd startuje nasz dystans. Po drodze mnóstwo śmiechu i uwag w autobusie, wypatrujemy w mijanych ciemnościach czołówek biegaczy z dystansu 160 kilometrów którzy biegną na trasie już od ponad 7 godzin. Po trzydziestu minutach wypadamy na rynku w Nowym Tomyślu w którym oprócz naszego startu znajduje się także PKO dla biegaczy na najdłuższym dystansie. Widzimy jak wpadają zjeść coś i napić się czegoś ciepłego, większość z nich wygląda całkiem dobrze, choć także były osoby które już tutaj zdecydowały się skończyć swoją przygodę z tym biegiem i opatulone kocem termicznym wolnym krokiem suną do autobusu. Jeszcze wspólne pamiątkowe zdjęcie całej ekipy, jeszcze kilka fotek ze znajomymi i stajemy na linii startowej. Jest 3:00. Ruszam na trasę swojego pierwszego biegu Ultra. Przede mną 110 kilometrów i kilkanaście godzin biegu…

18446665_1046920088775637_8586195755667770665_n

20170513_023713-01
18424043_615397258658972_5942120404032501640_n
Strzał startera i spokojnym truchtem zaczynamy bieg. Pustymi ulicami śpiącego miasteczka, pilotowani przez policyjny wóz na sygnale świetlnym wybiegamy asfaltem z Nowego Tomyśla. Zaczynam z tempem w okolicach 6:30 wiedząc, że czas tutaj nie będzie grał głównej roli. Jestem w swoim debiucie. Pierwszy raz w życiu mam przebiec więcej niż pięćdziesiąt kilka kilometrów. Nie mam pojęcia jak mój organizm będzie zachowywał się na 70, 80, 90, 100 kilometrze. Cel jest jeden. Dotrzeć zdrowy do mety w Wolsztynie. Czy w czasie o godzinę, dwie, trzy wolniejszym? Nie ma dla mnie większego znaczenia. Po opuszczeniu miasteczka wbiegamy w ciemność. Zapalamy czołówki, które omiatają drogę przed nami snopem zimnego światła. Samochód policyjny staje, wysiada z niego policjant i kieruje nas na leśną ścieżkę. Żegnaj cywilizacjo! Witaj ciemny lesie! Stawka biegaczy zaczyna się rozciągać. Biegniemy polami, obracając się za siebie widzę strumyk świetlików biegnących ścieżką w totalnych ciemnościach przez pole. Magicznie! Tempo konwersacyjne więc rozpoczynam rozmowę z biegaczem, który sunie obok mnie. Nie mam pojęcia jak wygląda, widzę tylko jego światełko z czołówki. Rozmawiamy o startach w tym sezonie, mówi, że to dla niego pierwsze Ultra powyżej 100 kilometrów. Na razie biegł ultra 60-tkę i 80-tkę. Gdy dowiaduje się, że dla mnie to pierwsze w życiu wybieganie powyżej pięćdziesięciu kilku kilometrów komentuje tylko: „No to nieźle sobie dowaliłeś!” Po kilku kilometrach wbiegamy w las. Ciemność dookoła wymaga skupienia się na wyszukiwaniu kolejnego zawieszonego na drzewie kawałka taśmy odblaskowej która jest dla nas wskazówką gdzie mamy biec. Na skrzyżowaniach na drzewach przypięte są widoczne strzałki.

Mijają kolejne kilometry. Wrzucam sobie do ust pierwsze Dextro czyli tabletkę glukozy. Wiem, że będę musiał w tym biegu bardzo dużo pić i jeść, co dla mnie jest nowością, bo zazwyczaj w biegach na 20-30 km przyzwyczajony jestem nie jeść i pić niewiele. Ale tu szansa na odwodnienie organizmu jest tak wielka, że to po prostu konieczność. Bukłak mam na razie pusty, chcę go napełnić dopiero na kolejnych PKO. Niestety nie wiem jakim tempem biegnę bo nie mam kogo zapytać. Mój wysłużony Garmin 610 nie ma szans trzymać baterii przez kilkanaście godzin, więc zdecydowałem się aby włączyć go dopiero w drugiej części trasy. Sunę na czuja trzymając tempo i widząc przed sobą majaczące sylwetki pojedynczych biegaczy. Robi się szaro, jest przed piątą za chwilę będzie świtać. Przebiegamy przez pierwsze gospodarstwa, tu i uwdzie słychać pianie koguta.

20170513_042031

Cywilizacja to sygnał, że zbliżamy się do pierwszego PKO w Pałacu w Wąsowie. We wsi przed Wąsowem na asfalcie mijam idącego powoli biegacza. Pytam go czy wszystko ok, chłopak odpowiada, że dla niego bieg się już skończył bo odezwał się jego ITBS. Nie ma sensu dalej cierpieć. Pierwsi z nas odpadają więc z powodu kontuzji już na początku biegu. Wyłączam czołówkę, robi się jaśniej nie ma już sensu korzystać z światełka na czole. Dobiegamy dróżką przez wieś do Pałacu w Wąsowie w którym znajduje się pierwsze PKO. Nie robię długiego postoju, to dopiero 15 kilometr trasy na punkcie umieszczonym w altance tuż nad pałacowym jeziorem. Dziewczyny, wolontariuszki wydają się zadowolone, że przybiegliśmy, nareszcie coś się dzieje w punkcie -mówią! W sumie fakt, ultrasi z dystansu super byli tutaj już dobrych kilka godzin wcześniej. Wypijam jedynie kubeczek coli i decyduję, że od razu biegnę dalej.
20170513_043451
Lasy i mokradła za Pałacem w Wąsowie o świcie wyglądają przepięknie. Żałuję teraz, że nie zostałem tam kilka minut aby zrobić trochę zdjęć. Biegniemy podmokłymi terenami mijając zielone oczka wodne zarośnięte paprociami i dziką roślinnością. Jest cudownie. Po kilku kilometrach przebiegamy przez drogę szybkiego ruchu, tutaj po raz pierwszy widzę idącą na trasie dziewczynę i chłopaka z ekipy 160 kilometrów z ich czerwonymi plastronami. W głowie dodaję sobie ich 50 kilometrów, czyli są na 70. Jest już 5 rano, ich 10 godzina na trasie. Nie wygląda to dobrze, do końca mają jeszcze 90 kilometrów trasy tak jak my, nie mam pojęcia czy zmieszczą się w limicie czasowym. W międzyczasie zmienia się otoczenie. Wpadamy w wielki las iglasty i biegniemy ścieżkami pomiędzy drzewami. Pojawia się coraz więcej piachu, który utrudnia pewne i stabilne biegnięcie. Dwa razy zahaczam o wystający konar ale na szczęście udaje mi się uniknąć spektakularnego orła. Słońce zaczyna świecić coraz bardziej odważnie, zapowiada się piękny ciepły dzień. Nie jest to najlepszy prognostyk w momencie kiedy wiesz, że przed tobą jeszcze prawie 90 kilometrów trasy. Spokojnie dobiegam do drugiego PKO na trasie czyli Porażyna.
20170513_044617-01
Ten punkt jest przygotowany naprawdę na bogato. Na wielkiej polanie ognisko, stoją ławeczki pod dachem, jedzenie, herbata, kawa, woda. Łapię pół pomarańczy i znów wypijam kolę. Postanawiam zatrzymać się na kilka minut, muszę napełnić po raz pierwszy bukłak bo trzeba zacząć pić. Rozpuszczam swoje izo w wodzie z butelki. Na punkcie siedzi dwóch biegaczy z 160 z którymi zamieniam kilka słów. Jeden mówi, że tu kończy, bo upadł na trasie i boli go kręgosłup i nie chce ryzykować. Zjadam żel, nie mam ochoty na nic cięższego. To jest coś co bardzo mnie zaskoczyło w całym biegu. Miałem ze sobą przygotowanych kilka różnych batonów jako podstawa diety, ale przez wszystkie kilometry zjadłem zaledwie gryza jednego z nich. Były zbyt suche, ciężkie. Cały bieg przeleciałem na jedzeniu płynnym i miękkim czyli żelach, bananach, jabłkach, pomarańczach, dextro i dużej ilości płynów. To nauczka na kolejne starty, nie bierz za dużo batonów bo i tak zostaną. Przed wyjściem z PKO Porażyn napełniam swój metalowy kubeczek gorącą herbatką. TO od teraz to będzie mój stały punkt programu przy wszystkich kolejnych punktach. Przy wyjściu ze strefy biorę gorącą herbatę i piję ją idąc już dalej na trasie. Czyli oddalam się od PKO jestem w ruchu ale wciąż delektuję się ciepłym napojem. Po kilkuset metrach chowam kubek i ruszam już dalej truchtem w trasę. Kolejny punkt to Lasówki, Parking Leśny. Za 12 kilometrów!
PKO_Porazyn
Zaczyna się robić ciężko. Słońce zaczyna prażyć coraz mocniej, wbiegamy na bardziej pofałdowane tereny z większą ilością piachu. Po drodze coraz częściej mijam biegaczy z ekipy Super 160 którzy albo idą albo zmęczeni siedzą przy drodze. Mam w nogach ponad trzydzieści kilometrów, oni dobijają do dziewięćdziesiątki. Zastanawiam się czy tak będę wyglądać za kilka godzin. Co pół godziny staram się pogryźć pastylkę Dextro, co godzinkę wciągam jeden żel. W międzyczasie sukcesywnie sięgam też do moich Shotów z magnezem. Wolę nie walczyć ze skurczami mięśni na trasie, lepiej zapobiegać niż leczyć. Kilometry zaczynają się dłużyć. Każdy z kolejnych to wysiłek. Teren jest trudny, pofałdowany, organizm zaczyna być zmęczony. W głowie zaś myśl, że to dopiero 1/3 dystansu co nie dodaje energii. Staram się odrzucać złe myśli i sukcesywnie prę do przodu. Biegnę większą część dystansu. Zamieniam trucht w chód tylko na stromych podejściach i łachach piasku. Nie ma sensu tracić energii. Przede mną przecież jeszcze ponad 70 kilometrów trasy.
20170513_091425-01
Dobiegam do PKO na 44 kilometrze, mieszczącym się przy Leśnym Parkingu. Młodzi wolontariusze witają mnie gromkimi brawami i pomagają jak mogą. Dopingują zagrzewają do walki, podają napoje, herbatkę, colę, proponują jedzenie. Siadam na jednym z kilku krzesełek muszę dać chwilę odpocząć nogom. Z głośnika leci na maxa jakieś energetyczne Disco Polo „Ona jest mojaaaaa, Ona jest tylko mooooja!”  wrzeszczy piszczącym głosem wokalista. Jest jakiś surrealistyczny klimat! Kosmos! :) W kilka minut dopada mnie całe stado komarów. Siedzą na każdym skrawku mojej nogi próbując wyssać zmęczoną krew biegacza :) Zjadam kawałek banana, uzupełniaj izo w bukłaku, tradycyjnie biorę gorącą herbatkę do swojego kubeczka i ruszam spacerkiem popijając gorący płyn w dalszą drogę. Kolejny punkt? Za 13 kilometrów. To będzie Grodzisk, 56 kilometr dystansu, połowa trasy! Ale tam będzie także czekał mój przepak i puszka energetyka! :)

Zaczyna się najtrudniejszy psychicznie etap biegu. Organizm jest zmęczony, nogi stają się ciężkie, betonowe. W głowie myśl, że to przecież nie jest jeszcze nawet połowa dystansu, że najgorsze dopiero przyjdzie. Większość biegaczy przechodzi na Gallowaya. Odcinek truchtu, odcinek marszu. Odcinek truchtu, odcinek marszu. Biegniemy w dystansach co kilkaset metrów od siebie leśnymi ścieżkami, jest sporo piaszczystych podbiegów. Na trasie po raz kolejny łapię Monikę, którą wyprzedzałem już wcześniej dwa razy, ale ona zawsze na PKO spędzała chwilę mniej czasu. Robię jej fotkę gdy wspina się na dużą górkę, zamieniamy kilka zdań i lecę sam do przodu. Są okolice 9 rano. Mam za sobą 6 godzin biegu, jestem w miejscu w którym jeszcze byłem wcześniej, czyli wybiegam na nieznane wody ponad 50 kilometra biegu. Nie mam pojęcia co będzie dalej ale na razie robię swoje. Chucham na zimne i zachowuję procedurę. Dextro, Żel, trzy łyki izotonika z bukłaka w plecaku. Bukłak staje się gorący rozgrzewając się od moich spoconych pleców. Tak więc izotonik także jest ciepły. Takie ciepłe siki. Wypijam więc tylko trzy łyki – to co znajduje się w rurce. Ona nie ma kontaktu z ciałem więc się schładza w trakcie biegu. Trzy zaciągi chłodnego, a gdy  do ust trafia gorący izotonik przestaję. Aby po kilkunastu minutach powtórzyć trzy łyki. Biegnę!
20170513_082859-01
Powolutku łykam też kolejne kilometry. Idą jak krew z nosa, ale niestety tu już nie da rady polecieć sobie na świeżości w tempie 4:30 :) Organizm sygnalizuje, że powoli ma dość i trzeba przepiąć się na bieganie głową. Tylko głowa może zmusić Cię abyś kontynunuował swoją przygodę. Tylko w głowie mieszczą się Twoje pokłady motywacji i siły. Dobiegam do PKO Zdrój/Grodzisk. Wbiegam na polanę na której znajduje się duży budynek i kilka ławek. „Jesteś na 38 miejscu w Normalu!” Krzyczy do mnie któryś z sędziów. Jestem w szoku, myślałem że biegnę gdzieś w okolicach 50-60 pozycji. Siadam na ławce, odbieram swój przepak, otwieram energetyka. Moją nagrodą za ostatnie kilkanaście kilometrów w lesie jest 250 mililitrowy gazowany napój…Szaleństwo! :)  Po minucie wbijam do budynku w którym mieści się grill, stanowiska z jedzeniem, owocami, morelami, bananami. Piję herbatę. Potem okazało się że w tym punkcie było tam także jedzenie, zupa, rosół. Jakoś zupełnie tego nie zakodowałem. Postanawiam zostawić w przepaku część zbędnych gratów z plecaka. Czołówka, rękawiczki już nie będą mi potrzebne. Zostawiam worek w depozycie, biorę jabłko w rękę i z herbatką ruszam na trasę. Jest przed 10:00 za dwie godziny z tego miejsca wyruszą biegacze na dystansie MINI aby przebiec swoje 56 kilometrów. Ja rozpoczynam tą trasę ponad dwie godziny przed nimi. Ale mam już za sobą ponad 56 kilometrów w nogach. To robi różnicę, uwierzcie! Odpalam swojego Garmina, chcę mieć podgląd na czas i tempo, jestem w połowie dystansu powinien wytrzymać kilka następnych godzin. Rozkręcam się i powoli rozgrzewam ostygłe i bolące już mięśnie nóg.
20170513_094307
Od czterdziestego kilometra bieg Ultra składa się już TYLKO z małych etapów. Chęci przeżycia do kolejnego punktu odżywczego. Zaczynasz sobie wizualizować co zjesz, co wypijesz jak dobiegniesz do następnego PKO. To trzyma Cię przy życiu. Odległość kolejnego punktu jest najważniejszym pytaniem dla biegacza. Gdy okazało się, że punkt w Gninie to 64 kilometr, tylko 8 kilometrów od punktu z przepakami w Grodzisku jest radość. Jednak te kilometry i tak ciągną się w nieskończoność. Zaraz po wybiegu z Grodziska znowu spore podbiegi. Piaszczysta ścieżka przez gęsty iglasty las wymagająca wdrapywania się na nią. Procedura zachowana. Glukoza z Dextro, Żel do kilkadziesiąt minut, kilka łyków izotonika z bukłaka co kilkanaście minut. I powolne posuwanie się do przodu. Kilometr przed punktem w Gninie widzę kilka młodych osób stojących na poboczu. To wolontariusze. Dwie dziewczyny biegną ze mną przez następne kilkaset metrów eskortując mnie do PKO. Pytają o warunki, jak się biegnie czy wszystko jest ok…Słyszę od nich, że niektórzy są tutaj już w złym stanie i nic im nie odpowiadają i wtedy one nie wiedzą czy jest tak źle czy ktoś po prostu nie ma chęci z nimi rozmawiać. Odstawiają mnie do bram punktu, gdzie przy gromkim aplauzie obsługi wbiegam na polankę i siadam sobie na krzesełko. Wbijam od razu dwa kubki coli. Cukier. Normalnie unikam jak ognia ale przy spalaniu prawie 10.000 kalorii w biegu na 110 kilometrów nie ma to ŻADNEGO znaczenia. Znaczenie ma energia i siła której teraz potrzebuję. Rozmawiam sobie kilka minut z obsługą punktu jest sympatycznie, ale trzeba się zbierać. Tradycyjna herbatka do kubka i lecę dalej. Kolejny PKO? Rakoniewice. Ale dopiero za 13 pieprzonych kilometrów!!!

Od razu za Gninem dołączam do biegacza z którym jak się okazało będę widział się na trasie kilkukrotnie przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Jeśli to czytasz, odezwij się proszę, fajnie byłoby pogadać jeszcze! Rozmawiamy chwilę, biegniemy. Nagle okazuje się, że nie widzimy nigdzie taśmy. Kurde, zgubiliśmy drogę! Postanawiamy cofać się do miejsca w którym powinniśmy skręcić. Mówię Wam, nic nie boli bardziej, niż głupio nadrabiane dwa kilometry kiedy zgubisz drogę w trakcie ultramaratonu. Wpadamy na dobrą ścieżkę i wkurzeni suniemy do przodu. Krajobraz znów ulega zmianie. Zbliża się południe a my wpadamy na wielkie otwarte pola w okolicach Rakoniewic. Mijamy pojedyncze osoby oraz grupki biegaczy zarówno z dystansu 110 kilometrów jak i 160 kilometrów. Wszyscy zmęczeni ale wszyscy powoli posuwają się do przodu. Niektórzy z kontuzjami, skurczami mięśni chcą doturlać się jakoś do PKO w Rakoniewicach i tam się spokojnie poskładać na dalszą trasę. Biegniemy przez jaskrawo żółte pola rzepaku, świeci słońce, niebo jest bez chmur, śpiewają ptaki. Jest pięknie! Proszę mojego współtowarzysza o zrobienie zdjęcia, które stanowi fajną pamiątkę z tego odcinka i nagłówek tego artykułu. Rozmawiamy o biegach przełajowych, startach w ultra i o tym, że takie długie setki są do dupy :) Jesteśmy zmęczeni. W głowie jednak zaczynam widzieć światełko w tunelu. Wiem, że zostało jeszcze 40 kilometrów, czyli maraton do zrobienia, ale tutaj to wydaje się już jak coś co jest już blisko, coś co jest osiągalne. Przede wszystkim w porównaniu z tym co czekało nas jeszcze kilka godzin temu. Zaczynam wierzyć w to, że dobiegnę do mety i dam radę. Zaczynam powoli cieszyć się z tego faktu, że zostanę ultrasem, który w swoim debiucie robi 110 kilometrów!

20170513_120439

Powoli dobiegamy do Rakoniewic. To 77 kilometr trasy. Biegniemy przez całą miejscowość. To wszystko w sumie jest bardzo proste: Odcinek biegu, odcinek marszu. Powtórzyć 1000 razy :) Wpadamy na ryneczek tej małej miejscowości. Znowu uzupełniam bukłak, spotykam Bartka, którego widziałem już na poprzednich punktach. Znów jest przede mną i znów siedzi na ławce z nosem w komórce :) Pół banana, kawałek czekolady. Do mety 33 kilometry. Dam radę. Wyciągam z plecaka moje słuchawki mp3 i zakładam je na uszy. Zapodaję muzę i ruszam w trasę.
PKO_77km_Rakoniewice
Muzyka dodaje mi skrzydeł. Wypadam z Rakoniewic na takim gazie, że mijam sunących drogą biegaczy jak słupki w slalomie. Czuję się spoko, nogi bolą, potykam się o wystające korzenie bo nie do końca czuję jak stawiam stopy, ale w głowie jest endorfinowy szał. Następne kilka kilometrów biegnę lasem samotnie, wiedząc że przede mną za 17 kilometrów już tylko Gnin na 94 kilometrze a potem już ostatni odcinek do mety w Wolsztynie. Jeśli tylko nie wydarzy się nic nieprzewidywalnego i pechowego to zrobię dzisiaj tego GWiNTa! Zasłuchany w muzyce, nie zauważam braku taśmy na ścieżce. No kurde, znowu pomyliłem trasę! Cofam się o ponad kilometr, aż znajduję dobrą drogę. Kolejne dwa stracone kilometry i zmarnowane pokłady siły! Z muzyką na uszach krok po kroku zbliżam się do Głodna. Mijam dwójkę chłopaków jadących po trasie na rowerach górskich, którzy wołają, że został już tylko kilometr do strefy odżywczej. Jeden z nich po chwili wraca, rozpoznał mnie więc woła: Chris zrobić Ci fotę? No jasne! Strzela mi kilka zdjęć. Właśnie, kolego, chyba ich nie dostałem wciąż! Jeśli to czytasz odezwij się proszę! :)

18423018_1342590575823356_1613315217843769221_o

Biegnę dalej przez olchowy lasek i wbiegam do Głodna. PKO mieści się na boisku tej malutkiej miejscowości tuż przy małym urokliwym stawku. Wpadam na punkt i od razu jestem rozpoznany przez wolontariuszy i szefa PKO. Czytają On The Move, kibicują! :) Robimy pamiątkowe wspólne zdjęcie, uzupełniam bukłak z izo, rozmawiam z nimi chwilkę. Na punkcie oczywiście siedzi już Bartek i jak zwykle dłubie coś w telefonie :) Karma! Wpadają pierwsi zawodnicy z 55 kilometrów czyli Mini Gwinta. Śmigają jak młode źrebaki, ale ja też tak mogę jak tylko mam 50 kilometrów mniej w nogach. Sędzia na punkcie mówi mi, że jestem 28 w stawce 110 kilometrów!!! Biorę herbatkę i ruszam w ostatni 17 kilometrowy odcinek trasy. Zaczynam w głowie przeliczać czas. Gdybym totalnie spiął tyłek i poleciał odcinek w tempie poniżej 5:40 to jestem w stanie złamać 14 godzin. Ale jestem mega zmęczony i pomimo psychicznego dobrego humoru ciało naprawdę boli. Postanawiam nie szaleć i dowieźć się bezpiecznie do mety, tym bardziej, że na tym etapie biegu 17 kilometrów to nie jest godzina z haczykiem ale grubo ponad dwie godziny biegania…
20170513_150110

PkpGlodno94km
Jest dobrze. Mam w nogach prawie 100 kilometrów ale psychicznie czuję się świetnie. Trzymam dobre tempo i mijam kolejnych biegaczy. Ostatni odcinek jest trudny, kilka stromych kilkuset metrowych podejść na których musisz opierać ręce na kolanach aby jakoś wdrapać się na szczyt. Do tego niespodziewane przejście przez strumyk w którym można było zgubić buta. Ale czuję, że to już ostatnie kilometry trasy. Powoli dobiegamy przez las do Jeziora Wolsztyńskiego, które na mapie wyścigu było na samym końcu biegu. Powoli krok po kroku przez mokradła zbliżam się do Wolsztyna. Cztery kilometry przed miastem na rozdrożu zamieniam kilka słów z wyprzedzającą mnie dziewczyną. Zielony plastron więc leci swoje 55 kilometrów. Mówi do mnie, że jest pierwsza w Open! Gratuluję i każę jej pędzić do przodu. Na ostatnich kilometrach wzdłuż jeziora, któryś z biegaczy na 55 kilometrów także pozdrawia On The Move a ja po chwili mijam wykończonego biegacza wraz z jego eskortą. Opiera się na ramionach towarzysza i powoli kuśtyka do mety. Tuż przed nim truchta chłopak ze 160-tki drobniutkim krokiem przesuwa się do przodu. Na pytanie czy wszystko ok mówi, że spokojnie on sobie już jakoś dotupta do mety… Lecę więc moje ostatnie metry. Jest miejska plaża, jest ścieżka rowerowa, ktoś woła, że to już mniej niż dwa kilometry… Wreszcie przede mną jest Ośrodek Fala i całe mnóstwo ludzi bijących brawo. Wpadam na metę, rozkładam ręce w geście triumfu. Udało się! Przekraczam metę, dostaję medal od uśmiechniętej Pani która pyta mnie o imię. Robię kilka zdjęć. Zrobiłem to! Zostałem Ultrasem! Pokonałem 110 kilometrów w 14 godzin i 13 minut zajmując 23 miejsce OPEN w GWiNT Normal 110 kilometrów! Jestem 9 w swojej kategorii. Na ostatnich trzydziestu kilometrach dzięki dobremu tempu wyprzedziłem aż kilkunastu biegaczy. Organizm spisał się świetnie! Niektórzy mówią, że prawdziwe Ultra to dopiero takie które ma ponad 100 kilometrów. Cudownie móc się o tym przekonać już w debiucie!

DSC_22741

110km
Jest kilka minut po siedemnastej, na metę wpadają kolejni zawodnicy. Mieszają się wszystkie dystanse. Część biegaczy rozmawia, część odpoczywa, inni sączą zasłużone zimne piwo. Mieszkańcy Wolsztyna gorąco dopingują wszystkich ultrasów, którzy pokonali dzisiaj dystans, pogodę i samego siebie. Ja mam szansę złapać się na pociąg do Poznania przed 18-tą więc po kilku minutach odpoczynku odbieram swój depozyt i pędzę na dworzec kolejowy aby w pociągu na spokojnie trawić wszystko to co się tutaj działo..Stygną mięśnie, stygnie głowa i powoli zaczyna docierać do mnie wszystko to co się dzisiaj wydarzyło. I docierać będzie sukcesywnie przez kilka kolejnych dni…

20170513_171836

20170513_172616
Czego nauczył mnie mój pierwszy Ultra na dystansie 110 kilometrów?
Tego, że wszystko siedzi w naszej głowie i nasze nastawienie to klucz do sukcesu.
Tego, że jedyną szansą na pokonanie tego dystansu to zaakceptowanie go już przed startem. Na pogodzenie się z tym, że będziesz biegł przez następne kilkanaście godzin i że to będzie bolało.
Tego, że nie muszę zabierać ze sobą na trasę batonów bo i tak ich nie zjem.
Tego, że w takim biegu ważne są drobne cele. Kolejny punkt, kolejny krok a nie myślenie o abstrakcyjnej mecie za 100 kilometrów!
Tego, że bieganie ultra to magia i inny wymiar biegowej przygody. Tak jak bieg na 10,21,42 kilometry to wydarzenie na kilkadziesiąt minut, ewentualnie kilka godzin, tak bieg Ultra to przygoda na cały dzień. Albo nawet dobę. Tak jak półmaraton to gazeta albo nowela, tak bieg ultra to powieść, która ma swój początek, powolne rozwinięcie, główny wątek i epilog. Zaczyna się w nocy, potem przychodzi świt, dzień, wieczór i dopiero wtedy się majestatycznie się kończy.
Tego, że nie znamy swoich granic.
Tego, że pomimo zmęczenia fizycznego można czuć się wspaniale.
Tego, że warto podejmować nowe wyzwania bo czynią nasze życie spełnionym…
18485292_1548926915178541_6866695605062757409_n
Podsumowując więc mój debiut w Ultra:

Tak, jestem zachwycony…
Tak, Ultra to zdecydowanie mój świat…
Tak, chcę więcej!!!

Chris Kwacz

Reklamy

31 uwag do wpisu “GWiNT Ultra Cross 110 kilometrów

  1. Czytając ma się wrażenie, że właśnie biegniesz, a czytający biegnie właśnie teraz z Tobą. Przeżywa się te same emocje i to samo napięcie… dobiegniemy do mety? Damy radę… jeszcze tylko trochę… Megastycznie!!! Wielki szacun Chris !!!

    Lubię to

    1. Super, że się udało zachować taki właśnie klimat bo o to mi właśnie chodziło. Aby przedstawić to jako historię drogi. Dziękuję za miłe słowo! Najlepsza nagroda za artykuł! :)

      Lubię to

      1. Oj tak czekamy na książkę !! Może Przygody Chrisa, albo Chris władca kilometrów, a może coś w stylu Jasny GWiNT :)

        Lubię to

  2. Gratulacje! Świetny tekst, możesz napisać ile w sumie wziąłeś i jakie shoty? Nie miałeś żadnych skurczu i problemów z miesniami?

    Lubię to

    1. Munzer, dziękuję za dobre słowo! Co do shotów to na trasie 3 x Chela Mag B6 magnezowy, plus 1x AAKG Aminokwasy. Kilka dni przed startem brałem już także codziennie rozpuszczalny magnez i minerały w tabletkach. Jedyne skurcze mięśni w okolicach 70 kilometra ale to pojedyncze piknięcia….

      Lubię to

  3. Jasny gwint! Przeczytanie tego zajęło mi dobre 3 godziny, z przerwami bo w pracy jestem :-) Czytam, czytam i nie dowierzam!!! Tak się wciągnęłam, że czekam na twoje dalsze sukcesy. Podziw i szacun Panie Chris!

    Lubię to

  4. Chris dla mnie jesteś wielki. Gratulacje i wielkie dzięki za wiele cennych wskazówek z twojego biegu. Napewno wezme je do setca i wykorzystam na trasie. No i do zobaczenia na 3× śnieżka 1×Mont Blanck. Też biegne na dystansie mini 17 km.

    Lubię to

  5. Chris dla mnie jesteś wielki. Gratulacje i wielkie dzięki za wiele cennych wskazówek z twojego biegu. Napewno wezme je do setca i wykorzystam na trasie. No i do zobaczenia na 3× śnieżka 1×Mont Blanck. Też biegne na dystansie mini 17 km.

    Lubię to

  6. Chris też go biegłam i też debiut w ultra. Nawet mamy wspólne zdjęcie. Było super trochę dłużej biegłam bo 15.56 .Przygotowywałam się do niego ale zawsze myślałam że za mało. Jednak Tak jak piszesz wszystko jest w głowie. Świetny tekst. Do zobaczenia na trasie…..

    Lubię to

  7. Kris przeczytałam, podobnie jak Ty przeżywałam ten 110km Ultra, niestety nie miałeam czasu na prxemyślenia przed startem bo zmieniłam dystans z 55km. na 110 km. o godz. 21-w dniu biegu, ale omocje czy dobrze zrobiłam i czy dam radę też mną targały gratulacje dla Ciebie,i dla wszystkich, którzy podjęli to wyzwanie nie ważne na jak dystansie 🙂 Brawo My 👏👏👏👏 Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Lubię to

  8. Super Gwint – to 100mil a nie 160km :) Trza to uaktulnić :), Też debiutowałem na tym dystansie i stwierdzam – hmm no bieg, taki długi i przez las :) Chcesz walki z samym sobą – Spróbój Iron Man’a w Tri :)
    ,

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s