Siła Dopingu

W trakcie ostrego startu w zawodach jestem skupiony na realizacji wyznaczonego celu. Często więc zdarza się, że znajomi machający i pozdrawiający mnie na trasie później mówią mi, że w ogóle ich nie zauważyłem. Tryb konia wyścigowego z klapkami na oczach to trochę mój znak charakterystyczny, którego chyba nigdy się nie pozbędę choć bardzo się staram z tym walczyć :) Dodatkowo własna muzyka w słuchawkach i wydawałoby się, że jestem całkowicie odcięty od świata zewnętrznego w trakcie zawodów. Nic bardziej mylnego! Fakt jest taki, że bardzo mocno reaguję na wszystkie bodźce wzrokowe podczas wyścigu! Tak, oczami wyobraźni już widzę ten uśmiech na twarzach niektórych czytelników… Ale nie o tym dzisiaj, o biegających dziewczynach będzie oddzielny artykuł bo to temat który zasługuje na dłuższą opowieść :) Dzisiaj chciałbym napisać słów kilka o ludziach dopingujących biegaczy na trasie. Parę szczerych zdań o ich wsparciu, kreatywności w trakcie każdego wyścigu oraz o tym jak oddziałują na nas, uczestników zawodów.

boston

Jako biegacz zazwyczaj znajduje się po drugiej stronie barierek i w założonym planie pędzę w grupie innych podobnych do mnie przed siebie. Ale uwielbiam i naprawę, wierzcie mi, ogromna większość biegających osób po prostu kocha żywiołowo dopingujących ludzi podczas każdego biegu. To oni stanowią naturalny, płynny i gorący żel energetyczny wchłaniany przez biegaczy na każdym jednym kilometrze pokonywanej przez nas trasy. To oni często zwyczajnym uśmiechem, pozdrowieniem czy przygotowanym własnoręcznie plakatem dodają mocy, która pozwala przenosić góry a na pewno przenosić dalej ciężkie nogi na 38 kilometrze biegu:) Przebrani, aktywni, uśmiechnięci, w własnej woli chcieli wziąć udział w tym wydarzeniu po to aby bawić się wspólnie z nami, dodać nam, startującym mocy wiary i otuchy. Dla biegaczy są po prostu bezcenni a bez nich wyścig byłby pustym, smutnym  wydarzeniem. Gdy biegnąc na trasie mijam po drodze mamę z małym brzdącem, który trzyma dużą kartonową kartkę z wypisanym imieniem swojego ojca i ręcznie kaligrafowanym napisem „Tatuś dasz radę!” zazdroszczę szczerze osobie, która biegnie teraz gdzieś w tłumie i dopiero za kilka chwil będzie miała okazję zobaczyć ten obrazek. Tą piękną scenę, przygotowaną specjalnie dla niego. Przygotowaną przez najbliższe jego sercu osoby. Jestem pewny, że doładują go tak pozytywnie, że wystarczy mu energii nie tylko na całą trasę tego wyścigu ale także na wiele dni po nim. Czyste dobro:)

Dane było mi już startować w Berlinie wśród 45 tysięcy biegaczy na trasie gdzie dopingowało nas prawie dwa miliony osób. Było świetnie a nawet trochę magicznie. Podobnie w Wiedniu w którym miałem okazję biec w zeszłym roku. Ale muszę wam przyznać, że Polska i Polacy są chyba jedną z najfajniej i najbardziej żywiołowo dopingujących nacji na świecie. Niezapomniane imprezy w Grodzisku Wielkopolskim czy Kościanie, niewielkich miasteczkach gdzie trasa biegu przebiega przez dzielnice domków jednorodzinnych, to coś co polecam przeżyć każdemu biegaczowi. Dla tych ludzi jest to wielkie święto, całe rodziny stojące przed swoimi domami dopingujące wszystkich przebiegających zawodników. Część z nich wystawia swoje własne stoły przed domami tworząc spontaniczne dodatkowe punkty regeneracyjne, rozlewając i rozdając kubeczki z wodą,czy kawałki czekolady dla biegaczy. W gorącym Grodzisku, właściciele ogródków robili swoje ściany wodne ustawiając rozpraszacze ogrodowe tak aby polewały przebiegających osiedlowymi uliczkami spoconych i rozgrzanych biegaczy. To jest prawdziwa esencja dopingu, to jest coś co pozwala nabrać zupełnie nowego dystansu do tego co robimy, biegając dla samego siebie, zobaczyć że obcy, ale życzliwi i pełni podziwu ludzie starają się pomóc nam w realizacji naszych osobistych celów do których tak mocno dążymy.

Screen shot 2013-11-12 at 19.51.21

W Poznańskim Maratonie słynnym fragmentem trasy jest 36-38 kilometr i podbieg od Wilczaka przy Tesco, aż do Alei Solidarności. Długi dwukilometrowy trudny odcinek pod sam koniec trasy maratonu dla ogromnej części biegaczy jest swoistą ścianą płaczu. Mieszkańcy pobliskich osiedli są zawsze jednym z najmocniejszych punktów wspierających startujących w tych zawodach. Żywiołowy doping i otwarte serca pozwalają wykrzesać z siebie ostatnie siły i przetrwać ten wyczerpujący fragment biegu. Wspominam zawsze scenę z 2013 roku kiedy podczas mojego startu widziałem starszą Panią podbiegającą do zmęczonego, wycieńczonego, nieznanego jej chłopaka i otwierającą specjalnie dla niego opakowanie swoich ciastek czekoladowych, które pewnie kupiła na spotkanie ze swoimi przyjaciółkami przy niedzielnej popołudniowej kawie. Musicie mnie zrozumieć, takich scen się po prostu nie zapomina…

Dzięki, że jesteście. Dzięki, że się Wam chce. Bez was żaden start nie byłby taki sam. Dla mnie jesteście bohaterami wydarzenia bo to wy dajecie  moc do tego aby zmagać się i walczyć z samym sobą do samego końca. Dajecie siłę, która dla biegacza potrzebna jest niczym tlen dla zmęczonych wysiłkiem mięśni. Siłę przetrwania. Siłę Dopingu.

 

Chris Kwacz

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Siła Dopingu

  1. Kurcze , też tak to czuję :), iiiii niestety też cierpię na schorzenie które nazywa się ślepota Biegacza :). Jak wskoczą ukochane endorfinki + ulubiona muzyka – nie ma mnie. Biegnę, po prostu, beznamiętnie, nie używając świadomości, najlepiej i najszybciej jak się da, nie myślę, nie analizuję, delektuję się stanem w którym jestem i o zgrozo nikt poza uśmiechami innych ludzi nie jest mi potrzebny wtedy do szczęścia :)

    Polubienie

  2. Zajebisty wpis! Pięknie to wszystko ująłeś! Chylę czoła przed dopingującymi nas. Bez kibiców (oraz wolontariuszy) nie byłoby prawdziwej imprezy. Sam się o tym przekonałem na Maratonie Warszawskim na 38-39 kilometrze energetycznie byłem na dużym minusie i nogi nie chciały biec (skurcz na skurczu i sztywnienie). Motywacja minimalna, ból maksymalny – jednym słowem tragedia. I nagle gdzieś w oddali słyszę swoje imię i to coraz głośniej i coraz bliżej. Obracam się a tam cheerleaderki tańczą i wykrzykują moje imię i hasła motywujące. Do nich dołączyli ludzie którzy stali obok….za chwilę krzyczała i śpiewała cała ulica…i to moje imię (miałem je napisane na nr startowym). Podbiegł do mnie chłopak (stwierdził, że jest lekarzem) i powiedział żebym nie stawał, że nie mogę się zatrzymać bo nie ruszę – zastygnę. Krzyki, brawa, ktoś podbiegł z wodą, śpiewy, tańce…To co się zadziało później trudno opisać. Popłakałem się – to były takie pozytywne emocje, że nie wyrobiłem. To była taka siła, że nie zapanowałem nad sobą. Wymiotło ze mnie cały ból, napełniło akumulatory do pełna. Ładunek energii jaki mi wtedy dali wystarczył mi na lekki sprint, aż do mety. Biegłem i motywowałem wszystkich na trasie do biegu, a oni patrzyli na mnie jak na wariata. Mijałem biegaczy z uśmiechem, a nie grymasem bólu. To było magiczne! Dziękuje kibicom!

    Polubienie

    1. Piękna historia. Po raz kolejny udowadnia, że bieganie i przełamywanie granic tkwi w naszych głowach nie w ciele. Czasami sami nie wiemy jaki impuls, motywacja okazuje się skuteczna aby wyjść ze swojej strefy komfortu i pokonać kolejną granicę. Szacunek! :)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s