Dziwactwa Biegaczy

Kiedy cztery lata temu rozpoczynałem swoją przygodę z bieganiem, w trakcie kolejnych miesięcy kompletowałem sobie spokojnie niezbędne elementy osprzętu runnera. Spodnie, koszulki, bluzy, buty, czapeczki oraz opaskę/frotkę na rękę. Lata mijały, ilość posiadanych t-shirtów rosła, pojawiały się nowe buty, stare zużyte ciuchy odchodziły w zapomnienie. Poza jednym. Pierwszą frotką. Z biegiem czasu przywiązałem się do niej tak bardzo, że pomimo jej aktualnego stanu,  czyli znoszonego, wyblakłego i rozciągniętego wrist’a wciąż stanowi bardzo ważną części mojej garderoby. Biorę ją na większość treningów, wybiegań a także dużą część startów w samych zawodach.

20150228_125353

„Ot, sentyment!” powiecie. „Trochę Dziwactwo” dodacie po chwili. I będziecie mieć zupełną rację. Każdy z biegaczy jest indywidualistą. Każdy z nas tworzy swoje mniejsze lub większe przyzwyczajenia, które z czasem urastają do rangi rytuału, czegoś niezbędnego co daje nam poczucie stabilności, bezpieczeństwa pomaga nam w treningach i daje pewność psychiczną. Postanowiłem zbadać ten bardzo ciekawy temat i zaprosić kilku swoich dobrych znajomych biegaczy- blogerów, aby zechcieli podzielić się z nami swoimi osobistymi dziwactwami, które wyróżniają ich z tłumu innych biegaczy. Zobaczcie co z tego wynikło, zapraszam serdecznie do lektury!

Zofia / Kobiety Biegają
Hasło zostało rzucone – „biegowe dziwactwa” i od razu wiedziałam, o czym napiszę. Oczywiście jak każdy biegacz mam swoje rytuały przed każdym startem. Szczególnie poważnie podchodzę do tych przed maratońskich. Ale jest takie jedno moje dziwactwo, które pojawia się zawsze! Nieważne, czy ruszam na długie wybieganie, na interwały czy startuję w półmaratonie, albo maratonie – zawsze zabieram ze sobą klucze. Tak, klucze. A dokładniej trzy klucze. Brzmi pewnie dziwnie, ale muszę je trzymać w prawej dłoni podczas biegania, po prostu muszę. Nie wiem, czy to możliwe (hmm, wiem dobrze, że  nie…), ale bez nich mam wrażenie, że nie mam równowagi. I nie chodzi o to, że się przewracam, chodzi o to, że czegoś mi wtedy brakuje. „Nie boisz się, że je zgubisz?”, „Zosia, a może ja Tobie te klucze schowam?”, „Kup sobie saszetkę, nie będziesz musiała trzymać kluczy” – te zdania słyszę regularnie, za każdym razem reaguję uśmiechem i lekko znudzona powtarzam, że muszę z nimi biegać. Wątpię jednak, że ktokolwiek to rozumie… ;) Cóż zrobić, tak już mam, ale lubię to moje dziwactwo, a może to już natręctwo?

11004958_10206368861606347_1456080599_n

Paweł / Wybiegane.pl

Ja mam takie dziwactwo, że zawsze przed wyjściem milion razy sprawdzam czy jestem dobrze przygotowany. Czy mam pulsometr, czy zabrałem żele, czy buty dobre zawiązane, czy brać ta czapkę przy tej temperaturze, czy mój żołądek jest opróżniony (mówiąc oględnie). I tak X razy przed każdym wyjściem. Taki rodzaj natręctwa wręcz. Czasem wręcz jak w „Dniu Świra” w scenie przed wyjściem z domu.

10714311_993097870707063_6484823397278557690_o

Łukasz / RunEat

Moja tajemnica sukcesu na bieganiu to „biegowy ołtarzyk”, który układam przy łóżku przed spaniem. Wszystko co będzie mi potrzebne na start, oraz na rozgrzewkę, jest ładnie poukładane w odpowiedniej kupce tak, żeby wszystko było pięknie widać. Na wierzchu oczywiście obowiązkowo numer startowy. Na koniec strzelam fotkę i wrzucam na RunEata :) A druga tajemnica to stały zestaw posiłków herbata z cukrem i kanapka z miodem a do tego kawałek ciasta drożdżowego. Na takim paliwie można długo i daleko biec…

11005821_10153641330909447_1359237925_n
Paweł/ KeepRunning.pl

Kompas. W biegach na orientację zwyczajnie boje się zgubić kompas! Mam ich więc trzy i nie wiem czy wystartowałbym bez nich…  Brzmi to zapewne banalnie bo większość tras (szczególnie dziennych) da się przebiec bez jego pomocy, ale mimo wszystko zawsze zabieram minimum dwa (a zazwyczaj więcej…)! Mam specjalny mały turystyczny kompasik, który jest na stałe przytroczony do plecaka biegowego i schowany w bocznej kieszeni. Jest tam zawsze – nawet jak biegamy po wyznaczonych trasach. Na kilka minut przed startem to praktycznie jedyna rzecz, którą sprawdzam 10-20 razy – czy na pewno jest tam gdzie powinien. W trakcie biegu też mi się zdaża co jakiś czas sprawdzać czy na pewno tam wisi.

Emocje. To że bieganie wzbudza emocje nie jest niczym nadzwyczajnym. U mnie jednak emocje wywołują dopiero naprawdę długie dystanse i to zazwyczaj dopiero po przekroczeniu linii mety. Każde nowe i wymagające wyzwanie, które sprawia, że mam dość wszystkiego, że myślę o przerwaniu biegu, kiedy mięśnie pieką i ma się zwyczajnie dość powodują, że po przekroczeniu linii mety zwyczajnie zaczynam płakać. Nie szlocham, nie trwa to długo, ale zasłaniając się daszkiem i/lub okularami przeciw słonecznymi siadam gdzieś na boku i zwyczajnie wylewam z siebie kilka litrów łez czując jak wszystko ze mnie uchodzi dreszczami przez całe ciało.

Kawa, pizza i fizjologia. W tekstach o ultra biegach prawie nikt o tym nie wspomina, taki temat tabu – mało wygodny i mało przyjemny, a jednak trzeba sobie z nim radzić. Kiedy szykujesz się do biegu, który ma trwać więcej niż 6-7h to w końcu pojawia się problem z fizjologią. I o ile zatrzymanie się na 30sek żeby ulżyć pęcherzowi nie stanowi problemu to z pozostałymi rzeczami nie jest już tak łatwo – szczególnie jeśli biegniesz zimą w górach, albo w wyjątkowo paskudnych warunkach pogodowych. Jeszcze gorzej jak jesteś napchany żelami energetycznymi i batonikami, które pozostawiają po sobie mało przyjemne pozostałości. Cała sztuczka polega na tym, żeby się odpowiednio przygotować, a że wszystko łączy się z jedzeniem tak powstał rytuał jedzenia pizzy każdego wieczoru przed Pieszym Maratonem na Orientację (PMNO) i podwójnej espresso z samego rana. Wydaje się to dość banalne, ale żeby pozbyć się problemu na trasie trzeba się go pozbyć przed startem. W moim przypadku wygląda to tak, że zjadam praktycznie całą pizze wieczorem – w miarę możliwości tuż przed snem, a z samego rana pomagam organizmowi wypijając podwójne espresso. Brzmi to banalnie, ale espresso trzeba sobie przygotować wcześniej bo zazwyczaj śpiąc na sali gimnastycznej razem z 300 innymi osobami dość ciężko o świeżą kawę z samego rana.
Wożę więc ze sobą mały termos i wypijam jego zawartość – zazwyczaj już zimną – na 1,5-2h przed startem.

4chris-02
Jak widać nasze osobiste przyzwyczajenia biegowe dotyczą różnych sfer. Rytuały dotyczące ubioru, standardy zachowań w trakcie startu i po ukończeniu biegu, wreszcie przyzwyczajenia żywieniowe. Wszystko to co sprawia, że czujemy się lepiej, pewniej i bezpieczniej w trakcie kolejnego treningu czy startu. Natręctwo? Dziwactwo? Cóż z tego! Takie małe osobiste przyzwyczajenia sprawiają, że jesteśmy ciekawsi jako ludzie, bardziej oryginalni, dodają jedynie kolorytu naszej indywidualności. A przecież to jest w tym wszystkim najważniejsze! A czy wy macie swoje własne małe dziwactwa? Jeśli tak, zachęcam do podzielenia się swoimi tajemnicami w komentarzach…

Chris Kwacz

Reklamy

5 uwag do wpisu “Dziwactwa Biegaczy

  1. Ciekawy artykuł! Moim dziwactwem jest zabieranie ze sobą na każdy bieg opaski na głowę(nawet jeśli jest piękna, bezwietrzna pogoda i opaska jest po prostu zbędna- w takich wypadkach opaska ląduje do kieszeni bluzy, w której biegam) i notoryczne sprawdzanie, czy czasami nie zgubiłam telefonu(uroki kieszeni bez zamka) ;)

    Polubienie

  2. Cóż, ja mam swoją jedną koszulkę biegową, w której biegnę podczas każdych niemal zawodów, przed którymi się denerwuję. Jeśli to tylko kolejny start w np. cyklu City Trail to już jestem w stanie bez niej pobiec, ale nie wyobrażam sobie nie biec w niej np. półmaratonu.
    Choć już mocno znoszona, choć podziurawiona agrafkami to musi być – bo to moja pierwsza koszulka techniczna :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s